Górskie rozmyślania wśród palm i tropiku
Odcinek 1: Dziedziczenie i pamięć
Tutaj, w Grecji, ma się odczucie wyjątkowo komfortowego dystansu. Po większości życia spędzonej w górach mogę czuć się zmęczony nie tylko fizycznie ale i psychicznie. Gdy lat przybywa a kondycji do poruszania się po górach jeszcze szybciej ubywa cóż pozostaje? Wspominanie tego, co było dobre, wzniosłe, ciekawe a także refleksje przy spojrzeniu na góry w czasach współczesnych.
Poczynając od 2000 roku, regularnie bywamy z żoną Hanną – także człowiekiem gór, w krajach ciepłych i nad morzami, nad którymi na początku września panuje wciąż pełnia lata. A więc: Chorwacja, Cypr, Majorka, Sycylia, Turcja – lecz najchętniej wyspy greckie: Kreta, Rodos, Kos, Zakhyntos czy Korfu. Nigdzie lepiej niż właśnie tutaj, wśród palm i tropiku, nie wspomina się górskich fascynacji, faktów, spraw ważnych ale i zupełnie mało istotnych epizodów.
Wśród rozmaitości przemyśleń i analiz ostatnio szczególnie frapuje mnie słowo i pojęcie: DZIEDZICZENIE. Gdyby wcześniej nie wymyślono koła, na czym jeździłyby teraz samochody? A kierując się ku górom – gdyby Sosnowski z Orłowiczem i Krygowskim nie wytyczyli reguł i wskazań dla górskiej literatury, jak wyglądałyby górskie przewodniki? To samo należy odnieść do map turystycznych, panoram i krajobrazów, popularyzacji odznaki GOT czy też zagospodarowania terenu szlakami i schroniskami.
Podane niżej kilka nazwisk przywołuję nie z punktu widzenia jakiegoś logicznego sensu, czy ważności dokonań stojących za nimi ludzi – lecz wyłącznie z prywatnego sentymentu: Walery Gotel, Jan Alfred Szczepański, Czesław Panczakiewicz, Witold Mileski, Aleksy Siemionow, Leopold Bieniasz, Tadeusz Rycerski, Marian Ferster… Czy czołowy teraz panoramista górski Piotr Kłapyta nie musiał kiedyś bazować na opracowaniach swoich poprzedników, m.in. Edwarda Moskały i Jana Malika?.
Wydawnictwo Kartograficzne „Compass”, jedno z najlepszych obecnie na polskim rynku map turystycznych nie zrobiłoby nic bez całej wiedzy i kartograficznej spuścizny warszawskiej i wrocławskiej PPWK. Marek Staffa, autor wiekopomnej encyklopedii Sudetów, oprócz własnej inwencji odziedziczył niejako dorobek krajoznawczy swoich poprzedników. Jerzy Kapłon, który pracowicie dokumentuje dla potomności historię górskich oddziałów PTTK, za każdym razem korzysta zapewne z przebogatych zbiorów Centralnego Archiwum Górskiego naszego Towarzystwa.
I tak to jedni dziedziczą po drugich publikując dzieła coraz ciekawsze, coraz lepiej osadzone w bieżących realiach. Może nie wszystkich autorów to dotyczy, ale tych rzetelnych i ambitnych z pewnością.
Pragnę teraz na chwilę pochylić się nad stale i uparcie zbyt mało docenianym Pogórzem Karpackim. Dziś mamy tutaj ambasadora pierwszej miary. To Piotr Firlej, przewodnik beskidzki z Tuchowa przewodnik i założyciel internetowych witryn o Pogórzu i „Wypadowe”. Z tematyki pogórskiej uczynił życiową pasję. To, co ja usiłowałem na Pogórzu reklamować za pomocą „dawnych form przekazu”, czyli w przewodniku i na kilku mapach turystycznych, Piotr robi nowocześnie i w sposób urozmaicony, stale zmieniając formę pogórskiej zachęty. Jestem pewien, że wcześniej czy później musi to przynieść wymierne skutki, m.in. w sensie ilości turystów na Pogórzu Karpat.
Tematem dziedziczenia całkiem szczególnym jest Górska Odznaka Turystyczna. Stworzona w innych czasach i epoce górskiego zauroczenia, przez zespół działaczy z Władysławem Krygowskim na czele, w czasie od 1935 roku przeżywała i nadal przechodzi rozmaite koleje, ale jej główna idea wydaje się niezniszczalna. GOT jest we współczesnej turystyce dosłownie wszędzie i stale powstają nowe, towarzyszące odznace inicjatywy. Ostatnim ich przykładem jest powiązanie funkcji GOT z wędrówkami po głównych szlakach w Karpatach i Sudetach. Powyższą ideę zaczyna właśnie wprowadzać w życie Centralny Ośrodek Turystyki Górskiej PTTK.
O dziedziczeniu dotyczącym schronisk PTTK mówić i pisać jest o tyle trudno, że obiekty górskie pracują obecnie w zupełnie innej rzeczywistości, w tym odmiennych jakże warunkach uprawiania turystyki. Wystarczy przypomnieć np. takie bacówki PTTK w górach. Od otwarcia pierwszej z nich, na Rycerzowej w Beskidzie Żywieckim minęło właśnie 35 lat, a jakże inaczej przedstawia się ich idea i praca teraz w porównaniu do bacówek PTTK z czasów Edwarda Moskały. Starszemu pokoleniu turystów (takiemu mniej więcej na początku wieku emerytalnego) trudno przychodzi zaakceptować to, jak np. wyglądają nowe obiekty PTTK w górach.
Podtrzymuję w większości ich opinie. Osobiście wolałem stare schronisko na Markowych Szczawinach od nowego. To samo dotyczy Jaworzyny Krynickiej i Hali Miziowej. Często słyszy się nostalgiczne wspomnienia o jedynym w swoim rodzaju klimacie i bryle Hali Lipowskiej (choć nieśmiertelny dzierżawca tego schroniska Helena Gowinowa pamięta obydwa obiekty) oraz słowa dezaprobaty ale częściej obelgi w stosunku do tego, co ośmielono się wystawić na Przysłopie pod Baranią Górą.
Z pojęciem DZIEDZICZENIA wiąże się ściśle słowo PAMIĘĆ o szczególnie zasłużonych, którzy już odeszli, a z tym bywa coraz gorzej. Można nawet zauważyć, że pamięć o zmarłych ludziach gór umiera od razu razem z nimi… Gdyby potomkowie Władysława Krygowskiego nie powołali do życia specjalnego stowarzyszenia Jego Imienia – nawet o słynnym „Władku” nie pamiętano by tak, jak na to zasługują Jego dokonania.
Na początku sierpnia 2010 roku minęła 15-rocznica śmierci Edwarda Moskały. Minęła całkowicie niezauważona. Czy naprawdę Edward nie zasłużył z tej okazji na jakąkolwiek formę pamięci. Szczególnie pamięci ze strony osób, bywających każdego dnia na Jagiellońskiej w siedzibie, która głównie dzięki niemu zaczęła dla turystyki górskiej funkcjonować???
W sprawie niektórych szczególnie zasłużonych zmarłych działaczy i pracowników z górami związanych pojawiały się np. i w przeszłości szlachetne zamiary uczczenia ich pamięci, ale zawsze na zamiarach się kończyło. Taki np. legendarny ratownik Grupy Beskidzkiej GOPR Andrzej Kowal. Swoje losy związał szczególnie z dwoma miejscami w górach: z Luboniem Wielkim (gdzie dorywczo pracował w przekaźniku TV) i z Halą Krupową. Kiedy w dość tragicznych okolicznościach Andrzej nagle zmarł – Wydawnictwo PTTK „Kraj” obiecywało wręcz „złote góry” na temat Jego uczczenia. I co z tego wyszło?. Nic. Absolutnie nic. Dobrze, że chociaż mnie udało się dedykować Andrzejowi swój przewodnik po Paśmie Polic.
Innym ratownikiem legendą, ratownikiem przyjacielem turystów i moim druhem serdecznym był Andrzej Fasiński, zresztą kumpel na dobre i złe Andrzeja Kowala. I o nim od razu zapomniano. Niedawno odeszła na „wieczny szlak” Ewa Pilecka, jedna z założycieli i nestorów Krakowskiego Klubu Przodowników Turystyki Górskiej PTTK przy Oddziale Krakowskim PTTK.
Doskonałą formą pamięci po Kazimierzu Sosnowskim był ośrodek biograficzny Jego Imienia w Domu Turysty PTTK w Krakowie. Najlepszą chyba koncepcję nawiązania do wielkiego dziedzictwa Ojca Beskidzkiej Turystyki wymyślił i zrealizował Edward Moskała. I twierdzę tak bynajmniej nie dlatego, że w latach 1989-1991 byłem kustoszem tej placówki. Pięknie zagospodarowane pomieszczenie, otwarte szeroko dla każdego gościa Domu Turysty, a w sposób szczególny dla szkolnych wycieczek było jako placówka ujęte w oficjalnym spisie polskich muzeów. Publikowało też własne wydawnictwa, które utrwalały pamięć i uczyły turystyki, biorąc za wzór jej Najlepszego Nauczyciela.
Ej! Łza się w oku kręci. Tylko spocząć pod grecką palmą i wspominać dalej…
Andrzej Matuszczyk Kraków, 21.IX.2010




Zostaw komentarzy