Górskie rozmyślania wśród palm i tropiku, Odcinek 3: Przodownik czy przewodnik?
Od nie pomnę już ilu dekad toczą się dyskusje nad dwoma rodzajami uprawnień w górach: PRZODOWNIK CZY PRZEWODNIK?. Te dwie społeczności nie pałają do siebie specjalną sympatią. Najgorzej przeżywają to ludzie (a jest ich teraz tysiące), którzy zarówno przodownikami jak i przewodnikami są – jak się to mówi, ku pożytkowi obsługiwanych turystów.
Pomijając wszelkie inne względy m.in. szkolenia kandydatów i sposób uzyskiwania uprawnień, jak też fakt, że przewodnickie uprawnienia dawno już wyszły ze struktur PTTK a przodownicy dalej w ramach PTTK funkcjonują – najistotniejsze pozostaje to, iż przodownicy pracują i działają społecznie a przewodnicy są zatrudniani za całkiem niezłą kasę.
Jest to aspekt dla przewodnictwa nad wyraz niewygodny. W czasach powszechnej komercjalizacji i merkantylizacji dosłownie wszystkiego, chce funkcjonować grupa (niemała – około 4.000 osób), która deklaruje społeczną robotę. Stąd tylko mały krok do ataków na merytoryczne podstawy uprawnień przodowników turystyki górskiej, nazywanych początkowo przewodnikami turystyki górskiej lub przodownikami GOT. Ten dodatek zaświadczał od zawsze o najściślejszym powiązaniu uprawnień przodownickich z Górską Odznaką Turystyczną.
Wracając do ataku – na „tępych” przodowników, którzy ośmielają się kogokolwiek wodzić po górach – najlepiej rzucić oskarżenie, że pod względem poziomu górskiej wiedzy pozostają w porównaniu do przewodników co najwyżej niedouczonymi cymbałami. Funkcjonujące w tej kwestii lobby w Polsce wykorzystuje każdą okazję, aby rolę i znaczenie przodowników umniejszać.
Po słynnym zimowym wypadku na słowackich stokach Pilska obozu sportowców zakończonym wypadkami śmiertelnymi, ostrze krytyki nie wiedzieć czemu skupiło się na kadrze przodownickiej, zamiast na szefach owego nieszczęsnego sportowego zgrupowania. Doprowadzono wtedy do wydania zakazu prowadzenia przez przodowników wycieczek powyżej poziomicy 1000 metrów npm.
Z kolei coraz większą niechęć do pracy przodowników zaczęły forsować parki narodowe. Podczas gdy przewodnicy zostali objęci obowiązkowymi szkoleniami z zakresu ochrony przyrody i zobowiązani do płacenia specjalnej opłaty licencyjnej za możliwość prowadzenia grup w parkach, przodowników przepędzono z parków narodowych jak najbardziej szkodliwych intruzów.
W ostatnim okresie – o dziwo – sympatię dla darmowej roboty przodowników przejawiają władze oświatowe, reklamując ich umiejętności do prowadzenia po górach grup młodzieży szkolnej. Pamiętajmy, że na społecznej pracy przodowników opiera się Górska Odznaka Turystyczna. Co roku to ich kadra podpisuje książeczki dla 16-17 tysięcy zdobywców GOT-u, najpopularniejszej w turystyce górskiej odznaki.
I chociaż przodownikom odcięto wejście do parków narodowych a hałaśliwe wołanie o sakramentalnej poziomicy 1000 metrów stale wprowadza organizacyjny zamęt i niedomówienia, wiele środowisk ceni ich pracę, opiera się o ich kadrę przy organizacji turystycznych imprez oraz przy szeregu innych społecznych działaniach.
Przewodnikom – wysoko kształconym – na 2-letnich, słono opłacanych przez kandydatów kursach – uprawnienia nadają poszczególne urzędy marszałkowskie. Cały czas przewodnictwo promują masowe środki przekazu, ogólnopolskie lobby, lecz najlepiej promują ich własne środowiska. A czy ta kadra, chyba przede wszystkim do tego powołana zajmuje się obsługą wycieczek rzeczywiście górskich, prawdziwie górskich, także i tych o znacznej technicznej trudności?
Od lat obserwuję to, co np. dzieje się w Tatrach. I cóż wciąż widzę? Z reguły przewodników z uprawnieniami zwanych „tatrzańskimi” w dolinie Kościeliskiej lub na asfalcie z Palenicy Białczańskiej do Morskiego Oka…
Andrzej Matuszczyk Kraków,28.IX.2010




Zostaw komentarzy