Górskie rozmyślania wśród palm i tropiku, Odcinek 2: Szlaki górskie

27 wrz 2010

Temat szlaków w górach zawsze interesował i zajmował mnie w sposób szcze-gólny. Od początku 2009 roku odszedłem na emeryturę a z wiosną 2010 przestałem się społecznie udzielać w Komisji Turystyki Górskiej ZG PTTK. Teraz szlaki ob-chodzą mnie co najwyżej ze względów emocjonalnych lub wspomnieniowych.

W tej problematyce zawsze dużo się działo zarówno dobrego jak i złego, tyle że złe od dobrych kilku lat jakby brało górę. Powiedzieć do kogoś, że to w części przez niego, cokolwiek wytknąć jakiejś organizacji czy instytucji – od razu śmiertelna obraza. Do czego można to przyrównać? Najlepiej do Grecji. Ktoś doprowadził ten kraj do ekonomicznej ruiny, ale poszukiwania winnego wciąż trwają. Zupełnie jak w znanym porzekadle, że sukces ma wielu ojców, lecz klęska zazwyczaj jest sierotką…

W kwestii szlaków w górach sygnały od dosyć dawna jawiły się w sposób alarmujący. Ostatnim chyba dzwonieniem na alarm było pamiętne forum dotyczące szlaków w górach, które odbyło się w 2002 roku w Ministerstwie Gospodarki. Wówczas usiłowano podjąć chyba już wtedy niewykonalną koordynację całego znakowania poprzez PTTK. Tymczasem władze terenowe, rozmaite organizacje a przede wszystkim kolarskie lobby, opierając się o chorą w polskich warunkach inicjatywę rozwijania głównie szlaków kolarskich, których koncepcji w terenie jeszcze w ogóle nie było – wszyscy oni – z każdym miesiącem przyczyniali się do powiększania coraz większego chaosu.

Biorąc żywcem z Zachodu i Unii Europejskiej wyjątkowe umiłowanie do rowerów, gdzie najpierw opracowywano logiczne koncepcję i sieć tras – budowali przysłowiowy dom od drugiego piętra, pomijając jakby niższą kondygnację. W ramach potęgującego się bałaganu zakwitła motoryzacja, więc przysłowiową głowę podnieśli, wprowadzając się na szlaki: motocykliści, kładowcy i różni cwaniacy z autami o napędzie na cztery koła. Zapomniałem jeszcze o poczciwych koniach i ich dotyczących szlakach turystyki jeździeckiej, ale na skalę poruszającej degrengolady – to te konie największego zagrożenia nie stanowią.

Na skutek braku jakiejkolwiek koordynacji i prób zaprowadzenia porządku doszliśmy w górach do kompletnych absurdów. Oto na każdym drzewie mamy już nie tylko po kilka górskich szlaków pieszych, ale istnieją całe sieci szlaków gminnych, szlaków organizacji specjalnego znaczenia, tysiące kilometrów szlaków rowerowych, no i tych konnych jeszcze trochę. Tymczasem szlaki PTTK-owskie są dobrze dokumentowane, zaopatrzone w centralną kartotekę i jej odpowiedniki w oddziałach znakujących PTTK. Szlaki pozostałe, szczególnie gminne funkcjonują jedynie w wyobraźni kolejnych wójtów czy starostów, za to w terenie znajdują się całkiem konkretnie.

Swoją cegiełkę do ogólnie panującego bałaganu starają się coraz częściej dokładać pomysłodawcy nadawania szlakom nazw imion jakichś osób, często ogólnie mało znanych. Przypomina ta sytuacja kultową wręcz scenę z serialu „Alternatywy-4”, gdzie na zebraniu rady osiedla ma być omawiana sprawa nadania jednej z ulic imienia płk. Kazubka, tylko nikt z obecnych nie ma zielonego pojęcia, kim ów Kazubek był… Żeby nie być gołosłowny przedstawiam sytuację całkiem nową, sprzed kilku tygodni.

Do KTG ZG PTTK zgłasza się jegomość z pomysłem, aby 300 metrów zielonego szlaku (to nie pomyłka – chodzi o 300 metrów) z Kalwarii do Makowa, pod szczytem Żaru (527 m) a nieopodal klasztoru oo. Bernardynów nazwać imieniem Sióstr Urszulanek za ich zasługi podczas hitlerowskiej okupacji. Ze swej strony nic nie mam do poczciwych Urszulanek i ich powszechnie znanych zasług zwłaszcza dla wychowania dzieci, ale przyzna czytelnik, iż taki pomysł zatrąca o kompletną paranoję.

W takim szlakowym chaosie coraz większe dylematy mają oficyny wydające przewodniki oraz mapy górskie i trudno się temu dziwić. Jednocześnie nie tracą formy pospolici wandale niszczący wciąż dla zabawy (czy zabicia czasu?) na szlakach wszystko, co popadnie. Ostatnio np. realizując szczytną ideę „Polak potrafi” udało im się zrujnować stanowisko drogowskazów na szczycie Ciecienia w Beskidzie Wyspowym zawieszone 3,5 metra nad ziemią. Gamonie wycinający szlaki głównie ze złośliwości czy znów dla zabawy w ogóle nie są świadomi tego, że ich dobrze widoczne wycięcia znaków na drzewach wcale nie oznaczają zniszczenia. Przeciętnie gramotny turysta wędruje po szlaku wyciętym prawie tak samo, jak po świeżo odnowionym.

Kursy dla kandydatów na nowych znakarzy organizowano do połowy lat 90-tych wyłącznie w sposób centralny bacząc, by nie przyjmować na nie studentów, gdyż po studiach z reguły nie gwarantują oni dalszego zajmowania się szlakami. Tymczasem w latach ostatnich to właśnie ze studentów głównie wywodziła się rzekomo odtwarzana kadra znakarska.

Komisja Turystyki Górskiej ZG PTTK od dosyć dawna nie ma praktycznie żadnego wpływu na sieć górskich szlaków, co już sprzeciwia się kryminałowi. To wyłącznie to gremium, jeszcze w latach 70-tych i 80-tych zajmowało się bezpośrednio rozliczaniem i planowaniem prac a także ich odbiorami – było więc rzeczywistym weryfikatorem całego problemu.

Wpływ Centralnego Ośrodka Turystyki Górskiej PTTK na szlaki jest teraz dominujący ale ten rzeczywisty ze zrozumiałych względów dotyczy głównie Małopolski. To dzięki uporczywym staraniom COTG PTTK Urząd Marszałkowski Województwa Małopolskiego jest wciąż problemom szlaków na swoim terenie szczególnie przychylny. Gdzie indziej jest dramatycznie i z roku na rok gorzej.

Ministerstwo Sportu i Turystyki nie może (albo nie chce?) zapewnić takich środków na szlaki, które gwarantowałoby odtworzenie ich sieci w okresie lat trzech. Dotując od szeregu już lat 30-40 % zapotrzebowania oddziałów PTTK szlaki utrzymujących powoduje resort w ten sposób szybko rosnącą stagnację. Od innych gestorów skądinąd wiemy, że przysłowiowym oczkiem w głowie MSiT są szlaki kolarskie, traktowane finansowo szczególnie hojnie. Szkoda że ich większość w sposób doprawdy bezkrytyczny i sprzeczny ze zdrowym rozsądkiem oraz jakimikolwiek względami bezpieczeństwa przebiega wzdłuż szlaków pieszych w górach, znakowanych przez PTTK

W czasach znacznego spadku zainteresowania pracą społeczną w ogóle, w tym także w ramach naszego Towarzystwa, zdajemy się zapominać o dawnych inicjatywach – takich, jak społeczni opiekunowie szlaków czy książki na temat ich stanu, wystawiane w schroniskach PTTK. Były to działania nie wymagające żadnych pieniędzy, za to przynoszące wymierne efekty.

Dopóki do świadomości dokładnie wszystkich nie dotrze ta nadrzędna w górach zasada, że szlak turystyczny jest najlepszą formą promocji każdego terenu, chyba nieprędko cokolwiek się poprawi.

Andrzej Matuszczyk Kraków, 27.IX.2010

Zostaw komentarzy