Dawnymi laty na szlakach (5)
Smak stacji turystycznej PTTK na Żarze nad Porąbką – 2 listopada 1963
Na polu szaleje wiatr i pada rzęsisty deszcze. Po 6 godzinach marszu z Rzyk przez Leskowiec i Przełęcz Kocierską z ulgą z Antkiem Remiszewskim przekraczamy gościnne progi stacji turystycznej PTTK na Żarze nad Porąbką.
Nad wyraz uczynna gospodyni zabiera od razu rzeczy do suszenia i częstuje gorącą herbatą. W pomieszczeniach stacji ciepło jak w przysłowiowej bańce. Syn
gospodyni oprowadza nas po stacji szybowców. Tam znajdujemy dwóch chętnych
do brydża – nota bene jeden z nich to pilot szybowcowy.
W międzyczasie poprawiła się pogoda. Zapada piękna księżycowa noc. Jest nad podziw jasno, chociaż wicher ani trochę nie ustał. Rewelacyjna pogoda wita nas nazajutrz. Niezwykłe stąd panoramy sięgają od bliskiej Magurki Wilkowickiej i Hrobaczej Łąki, poprzez dolinę Soły aż po Romankę i Pasmo Babiogórskie.
Ciekawa sentencja – 22 września 1963 (po wycieczce z Mszany Dolnej przez Ćwilin, Jurków i Mogielicę)
Napis na ścianie pokoju noclegowego w stacji turystycznej PTTK w Szczawie:
„NIE SIADAĆ NA ŁÓŻKACH W UBRANIU…”.
Proza załamania pogody w Beskidach – 22 sierpień 1963 – nad „Moniakówką”
Wreszcie dopadliśmy z Marysią Kulig zielonego szlaku Krowiarki-Zubrzyca, który w poprzek przekracza drogę. Ostatni odcinek był wyjątkowo nieprzyjemny.
Posuwaliśmy się pod wiatr, całkowicie mokrzy, głodni, nie wiedząc, ile kilometrów dzieli nas od celu. Potwornie ubłoceni osiągamy Zubrzycę, gdzie jeszcze bardziej lunęło…
Znani na Akademickiej Perci – 23 sierpień 1963
W pustej jadalni schroniska PTTK na Markowych Szczawinach ujrzałem osoby, na owe czasy publiczne: Ludwika Jerzego Kerna z Martą Stebnicką. Jedli obiad, a sądząc z rozmowy zaraz wybierali się na Diablak. Korzystając z przejściowej poprawy pogody także ja z Janką Malczewską (żylasta koleżanka ze studiów, rodowita góralka z Makowa Podhalańskiego) decydujemy się uczynić to samo. Kernowie wyszli kilkanaście minut przed nami.
Jednak już przy granicy lasu tuż pod stokiem północnym Babiej Góry minęliśmy ich zamieniając kilka zdawkowych słów. Gdzieś już znacznie wyżej, mniej więcej w rejonie granicy kosodrzewiny z gołoborzem piaskowca doszły do nas z dołu krzyki Marty Stebnickiej umęczonej trudami szlaku oraz głos jej małżonka
zachęcającego kłamliwie: Kochanie, no chodź, chodź – zostało jeszcze tylko 200 metrów… Wszedłszy w pas podszczytowej mgły straciliśmy kontakt z vipami
tamtejszego czasu.
Andrzej Matuszczyk, Kraków, 27.VII.2010




Zostaw komentarzy